nienormalna05 blog

Twój nowy blog

c.d.n.

2 komentarzy
Przeprowadzka:
www.nienormalna05.ownlog.com
Powód? Irytujący blog.pl


 

[...]Zaczynam wierzyć, że większość z nas choruje na ciężką depresję. A pesymizm jest zarezerwowany dla myślących. Smutek jest odbiciem czasów wierności ideałom. 
O kilka za dużo rozczarowań?
Czemu wszystko musi mieć liczbę… pragnę zasad! 

Same tworzymy sobie klatki.
Kocham wszystkich zagubionych, zgubionych, chorych psychicznie i kalekich emocjonalnie.


Napisała The Catcher pod moim wcześniejszym wpisem. Pozwoliłam sobie ją zacytować, gdyż mnie ostatnio brakuje słów do tworzenia zdań. Nie składają się one w żaden artystyczny nieład. Co dopiero mówić o całości. Może to wina zbyt wielu matematycznych funkcji rozkładanych przeze mnie na czynniki pierwsze. Chemicznych entalpii, entropii i nieskończonych reakcji. Czy przesycenia nieco grafomańskim, zadufanym w sobie Mickiewiczem. Swoją drogą, wiecie, że cytuje on we własnych utworach samego siebie? Tworzy literackie portrety siebie?! Ba! Pisze właściwie tylko o sobie. Spalicie mnie na stosie za owe tezy… [Nie dość, że agnostyczka to jeszcze największego narodowego poetę krytykuje.]
 
A może. Ja zaczynam być szczęśliwa? 
Nie. Mnie niewolno. Niewolno mi patrzeć z lubością na pomarańczowe brzózki. Muszę nienawidzić chłodne poranki. Jesienne wilgotne powietrze. I wszelkiej maści kilokalorie. 
Ale ja kocham! Kocham. To co składa się na moje uśmiechnięte chwile. Brązowe kakaa w szare popołudnia [sto kilokalorii!]. Tłuste szprotki wieczorami [sto kilokalorii]. Z grahamką [dwieście kilokalorii]. I słodkie jesienne desery [dwieście kilokalorii!] Dodam jeszcze, iż dzisiaj dowaliłam dwoma ogromnymi jabłkami [dwieście kilokalorii!] I pewnie już pospadałyście z krzeseł obijając swoje chude tyłki o podłogę. Bo jak ten pięćdziesięciosześciokilowy potwór może sobie pozwalać na osiemset kilokalorii bez zamiaru zwymiotowania tego czy choćby spalenia ćwiczeniami, skoro wczoraj pochłonął z trzy tysiące?!

Be Jagoda! Brzydka Jagoda! Tłusta Jagoda! 

Zgubiłam się. 
Nie wiem gdzie zaczynam się ja, a gdzie kończą się kalorie. 
Wszędzie na pewno jest tłuszcz. 

Czytając drugi raz to co napisałam zaczynam podejrzewać siebie o schizofrenie albo co najmniej o dwubiegunowość. 
Ale prawdziwy wariat nie wie, że jest wariatem.

Podziwiam każdego, kto to przeczytał.


O, Boże daj mi zwariować!

Głodować raczej i wędrować
Z żebraczym kijem będę.
Nie przeto, bym swój rozum cenił,
że chcę zachować go, że chce nim
górować nad obłędem(…)
Aleksander Puszkin

Siedzę na skraju łóżka. Na białej pościeli. Wpatruję się w ulicy szarość. Mokre chodniki. Wiem, że wstać powinnam. Wyjść. Nie potrafię. Tępo patrzę na smutne drzewo. Krzywą latarnię. Nie potrafię. Gładzę palcem kota po grzbiecie. Zerkam z obrzydzeniem na stertę. Książek. Zeszytów. Podręczników. Nie potrafię. Nic. A głowa dzisiaj próżnią jest.
Z przerażeniem gapię się w lustro. To samo co poprzednio. Jestem gruba. Cholernie gruba. Kurwa, gruba. 
A miałam być chuda. 
I otóż wyobraźcie sobie,
że coś z tym robię.

Czytam. Pełne werwy. Wiary. Siły. Motywacji. Komentarze. Wasze słowa. Raz bardziej. Raz mniej się irytuję. Jednak nie opuszcza mnie poczucie niezrozumienia. Nie pierwszy raz. 
Kto dłużej mnie zna ten wie, że odchudzanie ciągnie się za mną jak mroczne widmo. Osiągnęłam niemożliwe. Teraz niemożliwe jest faktycznie niemożliwe. I nie dlatego że tak sobie powiedziałam. Czy że tak sobie wmówiłam. Tak jest! Wiele rzeczy miało na to wpływ. Moje ciało się zmieniło. Psychika. Podejście. Doświadczenia. 
Nasz kalendarz to rubryki miesięcy, ułożone jedna za drugą – zerwałeś kartkę i nie ma powrotu. Nasz pociąg ucieka po prostej, więc jesteśmy zmuszeni gonić go, bez względu na pogodę. 
Ich [Indian] pociąg jedzie w kółko, więc spokojnie czekają pod dachem aż przestanie padać. Nie ma pośpiechu, przecież nawet jeśli się spóźnią, to jednocześnie będą przed czasem. Oni zawsze mają następne okrążenie. Koło za kołem.
Wojciech Cejrowski, Gringo wśród dzikich plemion
Czuję się jak na rozdrożu. Pustym skrzyżowaniu dróg życia.
 
Większość z Was nie wie o czym mówię. A nawet jeśli myśli, że wie, to pewnie i tak do końca nie wie. Nie jestem na etapie jak nie schudnę to się zabiję, ani wszystko mi jedno byle chudnąć, ani starving can solve problems. To wszystko i jeszcze więcej zmieściło się w mojej trzyletniej, jakże przyśpieszonej historii odchudzania. Niestety, nie mam tego chorego stylu życia za sobą. Jestem gdzieś pomiędzy. Końcem a środkiem. 
* * *
Naga. W garderobie. Stoję przed lustrem. Przechylam lekko głowę. Przygryzam dolną wargę. Szukam pozytywów. Nie przeszkadzać! Tak bardzo się staram. A więc hm…małe stopy, o tak, nie mam fałdek… nawet fałdki na brzuchu…małe dłonie, ładne ramiona….haa…szyja…oczy, duże oczy….długie rzęsty…brwi… może…uszy… przecież mogły być odstające… włosy… gęste nie ten kolor, ale… karnacja….jasna ale bez piegów….
Jednak nie mogę przestać myśleć o krótkich nogach. niezbyt wąskiej talii. grubych udach. obtłuszczonych biodrach. masywnych łydkach. mięsistych kolanach. niekształtnym biuście. okrągłej twarzy. ohydnej twarzy. nosie. pryszczach. niskim wzroście….
* * *
I bijąc się z myślami wybiegła w zimną, wilgotną noc. 
Trzeba spalać.
Jednak wciąż nie wiem.
Bo ja nie chcę być już dłużej nieszczęśliwa. 
Myśli.
No i przytyłam. Tak. Jeszcze bardziej. Nie czuję zdziwienia. 

Ach, te amputowane namiętności! Co za siła!
Opowieść o Blanche i Marie, Per Olov Enquist 

Zmęczenie. Chyba potrzebuję więcej snu. I mniej kawy. 
Od wczoraj biegam. Pamiętam. 
Potrafiłam biec 30 minut bez zadyszki. Czerwonych policzków. 
Teraz też. Niby. Przy dobrych warunkach. 
Jednak jest różnica. 45kg a 56kg… 

Jagoda, dlaczego jestem taka beznadziejna? - Ed spuszcza głowę strzelając na bok sprawdzianem. Miga mi czerwone fail.
Widzę postępującą szklistość piwnych oczu. Jest mi przykro. Szczerze. Odwracam swoją pracę. Z very good do dołu. Nie umiem jej pocieszyć. 
Co robię źle? – rzuca we mnie kolejnym pytaniem.  
Nie jestem jak Łopatka. Piątki na zmianę z szóstkami. Jest ciężko. W tym pieprzonym, przeludnionym liceum nie można nauczyć się tak-o. Trzeba umieć na maksa. Mogłam powiedzieć, że też dostałam gałę z chemii tydzień temu. Jednak ona również. 
To przykre. Przykre, iż są ludzie bez pasji. Wrażliwości. Zwyczajnej dobroci. Nie wybijający się niczym. Nie osiągający w życiu pozornie niczego. I ba! Utwierdzający się w tym jakże demotywującym mniemaniu o sobie.

Co z tego, że Łopatka dostaje same bdb? I że wiedza sama jej wchodzi do głowy po przekartkowaniu notatek? Co z tego, że jest chuda, mimo codziennemu stołowaniu się w barach fast food? Zabawna. Dowcipna. Ambitna. 
Nie potrafiła jednak pójść do Pana Waty zapytać się o projekt europejski [bo nas nie uczy, wstydzę się]. Poszłam ja. Nie potrafi robić dobrych zdjęć. Co nie znaczy, że moje są cudowne. Po prostu niezłe. Nie potrafi pisać. Jak ja. Nie potrafi rysować. Tak jak ja.
Powyższe, jakże zaskakujące, nawet mnie samą, zdania nie są przejawem nadmiernej pewności siebie. [Ha! Dobrze by było.] Jedynie nieudolnymi próbami poszukiwania własnej wartości

Przykro mi Ed. Co Ci poradzę? – po namyśle dodaję -  Poprawisz. 
Nigdy nie widziałam takiej goryczy na jej twarzy. Wilgotnych rzęs. 
Odnośnie poprzedniej notki i Waszych pytań: 

To była jedna z tych bezśnieżnych, mokrych zim. 
Dzwoniłam, by przyszła na Sylwestra. Dziecinną, sąsiedzką zabawę.
Wiatr. Szybko nastający zmrok. Niebiesko-czerwone światła syren na betonowym podwórku. Giętkie gałązki wierzby płaczącej. Falowały niepokojąco. 
Widziałam drobne ciałko niesione. W objęciach strażaka. 

Dwie godziny później dowiedziałam się o jej odejściu.


Kolejne dni zasnuła mleczna mgła. Wyraźnie rysuje się jedynie narastająca samotność. Nikt ze mną nie rozmawiał. Matka znikała rano, pojawiała się ciemnymi, późnymi popołudniami. Od czasu do czasu musiałam pocieszać. Olka – młodszego brata Natalii. Jej kuzynów. Moja matkę. Tak. Ją też. 

Miałam 10 lat. Przestałam być dzieckiem.

Do p. Kingi już nie chodzę. Bo było co raz gorzej. Z wizyty na wizytę większy stres, większa depresja, więcej jedzenia, więcej przeczyszczaczy.

Ja żyję dniem dzisiejszym. Właściwie jutrzejszym. Wyprzedzając własne czyny. Śpieszę się. Planuję. Zapisuję. Biegnę ku marzeniom. Nawet nie do odchudzeniu. Chcę być szczęśliwa. 
-Jakie było Twoje dzieciństwo? 
Zapadła cisza. Jedna z wielu tych poniedziałkowych [między 14 a 15]. W gabinecie o lodowatym, niebieskim linoleum. Wbijałam wzrok w czarny zegar. Nie widząc samej tarczy. 
-Nie wiem. odparłam. 
Najczęściej używana przeze mnie kombinacja słowna na terapii.

Teraz wiem. Nie pozwoliłabym na kolejną milczącą porażkę przed p. Kingą i jej cichy zielonooki tryumf.

-Było za krótkie.
-Dlaczego?
-Bo sama je sobie skróciłam. Równocześnie nieszczęśliwe w swojej krótkości. Przykre wydarzenie je zakończyły. 
-A teraz? 
-W ramach odzyskiwania tego co za szybko utracone, staję się dożywotnim Piotrusiem Panem w sukience. 



Moje życie.
Za krótkie do podsumowania. Gdzieś w błędach statystycznych.
Jak ta szuflada skarpetek bez par. Koperta z listem bez adresata. 
Stoję na jego marginesie. W nagłówku nie ma nic. W indeksie jest łza. 
Chciałabym nanieść korektę. Móc coś skreślić. Wymazać. 
To co było – się stało.
Znowu zasypiam w swetrze. Po dwudziestej trzeciej. By obudzić się przed piątą. Z kotem u boku. Próbuję wykopać się spod przykrycia. Gdzieś między kołdrą a kocem zagubiona jestem. Racząc się literaturą. W skostniałych palcach ściskam kubek. 
Jak zwykle parzę sobie usta. 
Jestem przygotowana, na Wasze reakcje… [O fuuu...!]: Nienawidzę się kąpać, co nie znaczy, że tego nie robię. Ograniczam czas nagości ciała do minimum.  
Zaczynając od samego początku kiedy woda jest za ciepła albo za zimna. Przez przymus oglądania. Dotykania! Cielska. Nago! Kończąc na zakręceniu kurka i szukaniu ręcznika w potęgującym się chłodzie!
Nie chcę widzieć tych okrągłości.
Nienawidzę swojej kobiecości.
Zgilotynować biust.
 Bioder zedrzeć tłuszcz.
Pani Kingo, byłaby pani zachwycona.
czytając owe słowa.
Wpisując mnie w podręcznikowe schematy.
Psychologiczne dylematy.

[Kolejna rymowanka z serii Poetki ze mnie nie będzie]
Po co mam się ważyć, skoro nic się nie zmieniło. Nie chcę rozczarowań. Odroczę to do dnia iks entego miesiąca bieżącego roku.
Wczoraj wieczorem ciągnąc dwa metry za sobą psa na smyczy znowu poczułam TO. 
Zapach nocy. Dymu. Wilgoci. I…samotności. Tak, tak pachniała samotność dwa lata temu. Gdy na patykowatych nogach w glanach robiąc nienaturalnie duże, męskie kroki pędziłam przez osiedle byle szybciej, byle dalej, byle więcej spalić. Historia lubi się powtarzać.

Tak dawno nie czułam tego rodzaju rozdzierającej pustki samotności. 

Sama jestem zaskoczona, że wczoraj nic nie zjadłam. Dzisiaj też się nie zanosi. 
Po poranku został tylko senny, pościelowy zapach i 3/4 kubka kawy. Obserwuję zaskakujący wzrost liczby pieczywa na blacie kuchennym. Boję się tego nawet brać do ręki. Co jeśli mimowolnie wsadzę te grahamki do ust?!
Niech leżą.
Tak, lecz wciąż odrzucam zwykły porządek. Nie dam się jeszcze zmusić do przyjęcia następstwa rzeczy. Będę szedł, nie zmienię rytmu moich myśli zatrzymując się, rozglądając, będę szedł.
Virginia Woolf, Fale

[Namaluję sobie te słowa na obdrapanej ścianie.]
 Co raz dotkliwiej odczuwam izolacje w klasie. Jestem nieciekawa. Szara. Brzydka. I gruba. Oczywiście. Niekoniecznie przyczyna tkwi we mnie. Raczej w sposobie postrzegania przez nich rzeczywistości. A właściwie nierzeczywistości. Zbyt często mam wrażenie, że nie musząc należeć do tego świata olewam ludzi dookoła i staję na granicy realności. 
18:45
Jedzenie zwyciężyło.
500kcal. 
Basta!
Idę biegać.
15:40
Wstaję. Potykając się o kota wchodzę do kuchni. Lodówka. Otwieram białe drzwi. Wędlina w papierku. Mleko w butelce [2%!]. Serek puszysty [tłusty!]. 2 garnki z obiadem. Oglądam to wszystko. 
Otwieram chlebak. Wdycham zapach świeżego pieczywa. Dwie pełnoziarniste grahamki. Pół białego, pszennego chleba. Dwie lukrowane drożdżówki z jabłkiem. Szafka. Tam zawsze są słodycze. Pseudodelicje z Biedronki. Zamykam szafkę z głośnym trzaskiem. 
Wpycham to wszystko do ust. Nie mogąc przerzuć. Czuję narastającą ciężkość w żołądku. I wyrzuty sumienia. Jednak pochłaniam kolejną bułkę, drożdżówkę, popijam mlekiem. Jeszcze ciastka. 
W wyobraźni. 
Pstryk! Woda w czajniku już szumi. Pstryk! Zalewam torebkę kawy zbożowej [5kcal]. Drepcząc w grubych skarpetach odchodzę z pustym żołądkiem i metalicznym posmakiem w ustach. 
Bez chęci. Bez emocji. Bez głodu. 
By jedzenie nie weszło, zamykam drzwi. Chemia. Kot na kolanach. Nowy odcinek House’a[!].
Co do wcześniejszych bulwersów
Wciąż jestem wściekła. Od wczoraj. I smutna, bo ktoś ma o mnie TAKĄ opinię. Jakże błędną zresztą. Ale dziękuję za słowa pocieszenia!
[...]dzisiaj mogę jeszcze zjeść jakiś owoc i wypić soczek[...] 
mówi z przejęciem Czarnowłosa.
Ostentacyjnie wkładam do gardła dwa palce udając, że rzygam.
Widzę tylko jej szczery uśmiech na twarzy.
Głupiutki i infantylny.

  • RSS